STU NA STO
Przyszli aby służyć…
Byli zakonnikami, misjonarzami w kraju i zagranicą, służyli jako kapelani w szpitalach i aresztach, brali odpowiedzialność za media katolickie, angażowali się jako duszpasterze młodzieży, studentów i opozycji, sprowadzili Drogę Neokatechumenalną do Polski, opiekowali się ruchem charyzmatycznym, towarzyszyli ludziom w duchowej drodze…
Zakres zaangażowania jezuitów z Prowincji Wielkopolsko-Mazowieckiej był i jest ogromny, nie mówiąc o braciach z prowincji południowej. Przez ostatni wiek PMA tworzyło wielu ludzi, jezuitów i współpracowników zakonu. Dzięki ich zaangażowaniu powstawały placówki i dzieła, które służyły dobru Kościoła i społeczeństwa. Instytucje tworzą ludzie, w roku jubileuszu chcemy przedstawić sto sylwetek ludzi, dzięki którym PMA trwało i nadal służy!
Co parę dni będziemy publikować kolejne biogramy stu jezuitów którzy, naznaczyli historię PMA.
o. Alfred Cholewiński SJ
1936-1988
1 lutego 1988 r. na jego pogrzebie zgromadziło się 4 biskupów, ponad 150 księży oraz ok. 4 tyś wiernych. Niesamowita frekwencja podczas ostatniego pożegnania o. Alfreda wynikała z faktu, że można uznać go za inicjatora Drogi Neokatechumenalnej nad Wisłą. Ponadto o. Cholewiński fascynacją Pismem Świętym, wręcz zarażał otoczenie wokół siebie. Jego audycje o Bibilii w Radiu Watykańskim cieszyły się ogromną popularnością. Do dzisiaj teksty o. Alfreda poruszają niezwykłym językiem, który zapala do zgłębiania tekstów natchnionych.
Wstąpił do zakonu w 1951 r. już jako kapłan poprosił o możliwość nauki języków orientalnych, co przygotowało go do studiów specjalistycznych na KUL, a następnie na Biblicum w Rzymie, ówcześnie najlepszej katolickiej uczelni biblijnej.
W 1975 wraca do Polski, do Lublina, gdzie podejmuje posługę duszpasterza akademickiego. Jednocześnie wraz z grupą święckich z Włoch inicjuje wspólnotę Drogi Neokatechumenalnej w naszym kraju. Pierwsze „katechezy Neo” odbyły się przy kościele św. Piotra, którym wtedy opiekowali się Jezuici. Z tym ruchem o. Alfred związał się do końca życia, jednocześnie starając się prowadzić pracę naukową. Wykładał stary testament dla kleryków jezuickich w Warszawie, potem również nowy. Co dwa lata jeździł do Rzymu z wykładami na Biblicum. Starał się też dużo tłumaczyć. Intensywność zajęć w jego życiu szybko dała o sobie znać.
Byt poważnie chory na serce. Mówił, że ma do wyboru, albo czekać na śmierć w łóżku, albo pracować do końca. Wybrał to drugie. Zmarł na rozległy zawal serca, gdyż jeszcze w dniu operacji pracował do późna w nocy, posługując wspólnotom neokatechumenalnym. Przedtem odpoczynkiem nazywał czas, gdy pracował nad tłumaczeniem przypisów do Biblii Jerozolimskiej…
Zapamiętano go jako biblistę z powołania, a w oczach młodych jezuitów — niezastąpionego profesora. Wspaniale wprowadzał w świat Biblii, uczył go rozumieć i kochać. Uczył żyć Ewangelią, mobilizował do takiego życia!
o. Jacek Bolewski SJ
1946-2012
Wybitny umysł, bardzo precyzyjny i skrupulatny. Jego zainteresowania pchnęły go najpierw do podjęcia studiów z fizyki, które odbył na Uniwersytecie Warszawskim. Po ich ukończeniu przez dwa lata pracował jako asystent w Instytucie Fizyki Teoretycznej UW. Pomimo niesamowitych zdolności intelektualnych, zmysł praktyczny nie był silną stroną o. Jacka. Był wręcz modelowym przykładem nieprzeciętnego myśliciela, dla którego problemy dnia codziennego mogły nie istnieć.
W 1970 r. wstąpił do zakonu, dość szybko zauważono jego potencjał i zaraz po nowicjacie wyjechał na studia do Włoch i Niemiec. Następnie trafił do Warszawy, gdzie został do końca życia. Zajmował się wykładami na Wydziale Papieskim Bobolanum, redagował Przegląd Powszechny oraz Studia Bobolanum.
Uchodził za dość odważnego teologa. Dla niektórych zbyt odważnego np. kiedy podejmował dialog z duchowością dalekiego wschodu, widząc w niej też pozytywne nurty, możliwe do przyjęcia przez chrześcijaństwo. Starał się dostrzegać najpierw dobro, czego teologicznym wyrazem była koncepcja „łaski pierworodnej”. O. Jacek podkreślał że zanim naznaczy nas grzech, to zawsze pierwotnym fundamentem jest dla stworzenia łaska Boża.
Niemniej został zapamiętany po pierwsze jako człowiek niezwykłej życzliwości i taktu. Dla wielu był współbratem dającym niezwykłe świadectwo ludzkiego traktowania bliźnich. Przez lata posługiwał jako spowiednik w sanktuarium św. Andrzeja Boboli w Warszawie, oraz jako duchowny kleryków w Collegium Bobolanum. Dla wielu stał się w tym czasie mistrzem życia duchowego. Był chodzącym przykładem tego, czym żył i o czym pisał.
A zostawił po sobie bogatą spuściznę pisarską, wiele książek i artykułów z zakresu teologii dogmatycznej, sztuki oraz duchowości.
Koniec jego życia naznaczyła choroba nowotworowa, którą znosił z niezwykłą godnością. Kiedy dowiedział się o niej powiedział współbratu: „Ty się zastanawiasz, co będziesz robić w zakonie, a ja powoli muszę zwijać swój namiot i przygotowywać się do przejścia.”
o. Czesław Chabielski SJ
1930-2011
„Kapłaństwo jest dla mnie wszystkim. Traktuję je na poważnie, nie na niby. Widzę jego ogromny sens z perspektywy tych pięćdziesięciu lat. Moją dewizą jest bycie do dyspozycji każdego człowieka, bez mówienia słowa „nie”. Nie zamieniłbym tej drogi na żadną inną” – tak mówił o. Czesław w 2009 podczas jubileuszu 50 lat posługi prezbitera.
Pochodził z okolic Piotrkowa Trybunalskiego, tam też ukończył szkołę średnią. Budynek liceum do którego uczęszczał sąsiadował z kościołem jezuitów. Piotrkowscy jezuici zrobili na Czesławie wrażenie, gdyż po maturze poprosił o przyjęcie do zakonu.
Zanim osiadł na dłużej w Bydgoszczy, pracował jako duszpasterz młodzieży i studentów w Warszawie, Lublinie i Łodzi. Bardzo szybko nawiązał kontakt z ks. Franciszkiem Blachnickim pomagając mu prowadzić OAZY w Krościenku na początku lat 70-tych. Doświadczenie z Ruchem Światło Życie stało się jednym z kluczowym w życiu o. Chabielskiego. Po przeniesieniu do Bydgoszczy zaczął intensywnie formować młodzież właśnie poprzez ruch Oazowy. Wydatnie w tej misji pomogła mu darowizna w postaci gospodarstwa i ziemi w Suchej niedaleko Bydgoszczy. W tym ośrodku od 1977 r. o. Chabielski prowadził centrum Oazowe. Przez Suchą przewinęły się setki młodych osób, wiele z nich doświadczyło tam wyjątkowych chwil, często poprzez posługę o. Czesława. Jego działalność duszpasterska i wpływ na kształtowanie młodego pokolenia nie podobały się władzom komunistycznym. Pomimo wezwań na przesłuchania i nieprzyjemności z jakimi się spotykał, o. Chabielski nie dał się złamać. W Bydgoszczy spędził ponad 30 lat, doczekawszy się upadku władz i zmiany systemu.
O. Chabielskiego wspominano jako człowieka życzliwego i jednocześnie wymagającego. Jak sam, mawiał: „Trzeba być jak kaloryfer: ciepłym i twardym!”
o. Józef Urpsza SJ
1880-1974
Kiedy w 1945 r. poprosił o przyjęcie do zakony Jezuitów usłyszał: „Gdyby był Pan księdzem to jeszcze byśmy się zastanowili…”
Miał wtedy 65 lat więc mało entuzjastyczna odpowiedź ze strony zgromadzenia nie powinna dziwić. Średnie zainteresowanie Jezuitów powołaniem pana Urpszy, nie zraziła tego potomka kniaziów Żmudzkich.
Był znanym i szanowanym przedwojennym aptekarzem, jeszcze przed odzyskaniem niepodległości odpowiedzialnym za składnicę sanitarną w Pałacu Zimowym w Petersburgu. Już w wolnej Polsce oprócz pracy i opieki nad rodziną, był zaangażowany w działalność charytatywną w stolicy oraz brał czynny udział w życiu kościoła warszawskiego. Niespożyte siły pozwoliły mu wraz z żoną wychować 11 dzieci. Losy pana Urpszy dramatycznie naznaczyła II wojna światowa. W powstaniu warszawskim stracił dom i aptekę, jeszcze dotkliwszym ciosem była tragiczna śmierć żony i syna, kolejny syn zginął w walkach o Berlin.
Wtedy rodzi się w nim pragnienie służenia w inny sposób. Początkowa odmowa ze strony Jezuitów tylko go zmotywowała. Wstępuję do seminarium warszawskiego, które kończy szybciej bo w trzy lata, następne trzy pracuje jako wikary i ponownie prosi o przyjęcie do zakonu. Tym razem trudno było domówić, bo Pan Urpsza był już księdzem!
o. Józef Urpsza wstąpił w 1952 r. w wieku 72 lat. Towarzystwu służył jeszcze przez ponad dwie dekady, głównie w Kaliszu. Został zapamiętany jako Samarytanin Kalisza, gdyż niósł pomoc wielu potrzebującym, szczególnie chorym.
Zapamiętany z kazań i nauk w konfesjonale, w których radził rodzicom w kwestiach wychowawczych, w których żartował żeby zbytnio nie narzekali na nadmiar obowiązków przy dzieciach. Mawiał wtedy: „Tak Ci ciężko przy dwójce albo trójce? Ja wychowałem jedenastkę!”
o. Eugeniusz Chodaczek SJ
1913-1996
Urodził się na Podkarpaciu, wstąpił do zakonu w 1929 do Prowincji Południowej Polski. Ze względu na braki personalne spowodowane wojną, w 1949 r. został wypożyczony do Prowincji Wielkopolsko Mazowieckiej, na jak mówiono rok albo dwa… Trafił do Gdańska Wrzeszcza gdzie został do końca życia. Jest pięknym przykładem genezy PMA, gdyż zręby prowincji tworzyli jezuici pochodzący głównie z terenów dawnej Galicji.
Do dzisiaj wspominany przez licznych parafian za serdeczność, humor i krewki charakter. Dla wielu Wrzeszczan o. Chodaczek do tego stopnia uosabiał bycie kapłanem, że dzieci widząc na ulicy innych księży np. dwóch, mówiły do rodziców „o Chodaczki idą!”.
Wieloletni katecheta, spowiednik, duszpasterz, kształtujący pokolenia mieszkańców Wrzeszcza. Dla wielu również serdeczny przyjaciel, z opowieści parafian, często zapraszany na brydża:)
Związany z parafią jezuicką św. Andrzeja Boboli w Gdańsku Wrzeszczu.
uralne.
o. Jan Urban SJ
1874-1940
Pochodził ze wschodniego Mazowsza. Znajomość tych terenów szczególnie położenia ludności katolickiej obrządku bizantyjskiego, zrodziła w nim pragnienie obrony unitów, czyli chrześcijan obrządków wschodnich będących w jedności z Rzymem. Ich położenie w Cesarstwie Rosyjskim było nie do pozazdroszczenia. Młody Jan już jako ksiądz, zdecydował się przejść do Jezuitów. Wkrótce po nowicjacie został zaangażowany w prace redakcyjne Wydawnictwa Apostolstwa Modlitwy. Zacięcie pisarskie i polemiczne pozostało mu przez całe życie.
Dwukrotnie brał udział w tajnych akcjach misyjnych na Podlasiu. Jezuici wysyłali na tereny Cesarstwa Rosyjskiego misjonarzy, którzy starali się podtrzymać wierność katolicyzmowi wśród unitów naciskanych, aby przechodzić na prawosławie. Jakiś czas spędził też w Petersburgu, apostołując wśród tamtejszych katolików.
Po I wojnie światowej został redaktorem naczelnym Przeglądu Powszechnego, pełnił tę funkcję do 1933. Następnie do wybuchu kolejnej wielkiej wojny redagował czasopismo Oriens, w którym starał się na wysokim poziomie przybliżać kwestie kościołów wschodnich społeczeństwu polskiemu. Brał udział w licznych kongresach i zjazdach dotyczących chrześcijańskiego Wschodu i unii kościelnej, można nazwać go polskim prekursorem pojednania między Kościołami zachodnim i wschodnim.
Człowiek pióra, pozostawił po sobie wiele książek, broszur i artykułów na tematy religijne, społeczne i kulturalne.
o. Friedrich Muckermann SJ
1883-1946
Pomimo że nigdy nie był członkiem PMA, ani żadnej z polskich prowincji, o. Friedrich położył ogromne zasługi dla odzyskania jednej z ważniejszych placówek Prowincji Wielkopolsko-mazowieckiej w Wilnie. Zanim tam trafił, już na początku konfliktu służył jako sanitariusz na froncie zachodnim, ale szybko wysłano go jako kapelana wojskowego wraz z niemiecką armią na wschód.
Pod koniec 1918 r. znalazł się w stolicy Litwy, dokładnie kiedy rozpoczęło się zamieszanie spowodowane rewolucją w Berlinie. Muckermann otrzymał od pastorów luterańskich – również kapelanów – klucze do kościoła, gdzie 25 listopada 1918 odprawił tam po wielu latach pierwszą Eucharystię… Ojciec Frierdich kluczy już nie oddał. Na początku stycznia 1919 r. kiedy Niemcy opuścili Wilno, jezuita na prośbę bp. Matulewicza pozostał w mieście, czekał na przybycie polskich współbraci. Przyjazdu nie doczekał gdyż trafił do niewoli sowieckiej, skąd zwolniono go w końcu 1919, w ramach wymiany więźniów.
Charyzmatyczny mówca, po powrocie do Niemiec redaktor pisma „der Gral”. Muckermann nieustannie ostrzegał przed ideologiami totalitarnymi. W swoich pismach i wykładach wielokrotnie podkreślał, że rasizm i antysemityzm są antychrześcijańskimi herezjami. Narodowy socjalizm nazwał „herezją XX wieku”.
Po przejęciu władzy przez narodowych socjalistów w 1933 roku uznano go za wroga publicznego. Gestapo zaleciło nałożenie na niego zakazu przemawiania. Jego książki zostały spalone i wyrzucone.
Musiał uciekać do Holandii, potem Francji i Szwajcarii, nadal starając się wspierać opór wobec hitleryzmowi.
o. Józef Sawicki SJ
1878-1928
Pochodził z okolic Lublina. Umysł ścisły i praktyczny, już jako jezuita studiował matematykę i fizykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Długo związany z Zakładem w Chyrowie, najpierw jako nauczyciel, potem rektor placówki.
Od odzyskania niepodległości przez Polskę jeden z najbliższych współpracowników prowincjała o. Sopucha. Był wtedy sekretarzem i prokuratorem, czyli odpowiedzialnym m.in. za finanse prowincji. Jego ścisły umysł na pewno bardzo pomógł okiełznać finansowe wyzwania z jakimi mierzyła się prowincja. Założenie kilkunastu nowych domów w ciągu czterech lat było ogromnym wyzwaniem dla szczupłych finansów zakonu w Polsce.
Naturalnie widziano w o. Józefie kandydata na pierwszego prowincjała PMA, jak mało kto poznał wyzwania i bolączki nowych placówek. Tym bardziej bolała jego nagła śmierć w styczniu 1928 r. zaledwie po roku posługi prowincjalskiej.
O. Jankiewicz wspominał: Tak więc prawie jakby wyrwanym został z pośród nas ten, co przez ostatnich lat kilkanaście był w życiu obu Prowincyj tak ważnym i pełnym poświęcenia czynnikiem! Znaliśmy wszyscy zmarłego O. Prowincjała, czcili i podziwiali jako wzór niezwykłej prawości, najprzykładniejszej zakonności, pełnej poświęcenia i aż prawie do upadłego idącej pracowitości. A był ponadto wszystko głęboko, gruntownie, rzewnie pobożnym. Po operacji na szafce jego przy łóżku w sanatorium widziałem nie inne jakieś rzeczy, ale krzyżyk, koronkę, brewiarz i podręcznik do rozmyślania; już w pierwszym dniu po operacji usiłował drobnemy cząstkami odmówić pacierze…
Tworzenie PMA kosztowało ogrom sił, niektórzy oddali życie pracując dla nowej prowincji!
o. Stanisław Sopuch SJ
1869-1941
Gdy miał 15 lat, będąc dość pulchnym chłopcem, miał zostać przyprowadzony do nowicjatu przez matkę i oddany Towarzystwu Jezusowemu słowami: „Weźta go sobie ojce na chwałę Bożą!”.
Do końca życia pierwszym wrażeniem nigdy nie wzbudzał szacunku, zapamiętano go jako osobę o wyglądzie prostodusznego wiejskiego proboszcza. Człowieka mierzymy zazwyczaj na podstawie dokonań, a te w przypadku o. Sopucha były ogromne. Dzięki jego staraniom wzniesiono dom rekolekcyjny we Lwowie, kolegium Bobolanum w Lublinie, dom pisarzy w Warszawie i pierwszą siedzibę szkoły w Gdyni.
Był cenionym mówcą, to jego poproszono o homilię 8 sierpnia 1920 r. wobec zgromadzonych tłumów na placu zamkowym w Warszawie, gdy na stolicę nadciągała armia bolszewicka!
Przez chwilę zastanawiano się nad wyborem o. Sopucha na prymasa Polski. Ostatecznie nie otrzymał tej godności, ale był dwukrotnie prowincjałem jezuitów. Ostatnim Prowincji Polskiej, to on podzielił ją w 1926 r. na prowincje Wielkopolsko – Mazowiecką i Małopolską. Ponownie na urzędzie prowincjała w PMA w latrach trzydziestych.
Rozumiał palaczy, wizytując jedną z placówek nakazał, aby tym, którzy mają pozwolenie na palenie papierosów, dawać dostateczną ilość tytoniu. Sam też palił, ale nigdy wobec innych. W czasie podróży, gdy jechał z kimś drugim, wychodził nieraz do innego wagonu, gdy chciał zapalić papierosa.
Był przykładem odważnego lidera na trudne i burzliwe czasy!
o. Włodzimierz Ledóchowski SJ
1866-1942
Syn polskiego szlachcica i Szwajcarki. Od młodości nieprzeciętnie zdolny, w cesarskiej szkole Theresianum, edukację zakończył otrzymując złoty medal dla najlepszego ucznia.
Włodzimierz dorastał w domu gdzie pielęgnowano tradycje patriotyczne, jego ojciec opowiadał o bohaterskiej obronie Modlina przez dziadka, generała Ignacego, którego jednonogi portret wisiał w salonie. Jako nastolatek poznał krewnego, kardynała Mieczysława Ledóchowskiego, zmuszonego przez władze pruskie do emigracji.
Po śmierci ojca odważył się pójść za pragnieniem i wstąpił do seminarium diecezjalnego, skąd po studiach w Rzymie przeszedł do nowicjatu jezuitów. Bardzo szybko powierzono mu odpowiedzialne i kierownicze zajęcia, z których wywiązywał się nieprzeciętnie. Po zaledwie 12 latach od wstąpienia został prowincjałem galicyjskim. Nie skończył kadencji, gdyż mianowano go asystentem generała w Rzymie, gdzie ostatecznie po 10 latach, w 1915 r. po śmierci poprzednika, wybrany został na przełożonego generalnego Towarzystwa Jezusowego.
Niezmiernie zasłużony dla zakonu, gorący orędownik rozwoju jezuitów w Polsce po odzyskaniu niepodległości! Wyraził zgodę i zatwierdził decyzję o podziale Prowincji Polskiej na Wielkopolsko-Mazowiecką i Małopolską.
Podobno bardzo cicho mówił, co zmuszało słuchaczy do skupienia uwagi. Rodzina żartowała, że z tego powodu nigdy nie będzie w stanie zaśpiewać mszy, więc może dlatego wstąpił do zakonu jezuitów…



